Znacie uczucie wypalenia? Mam na myśli wypalenie w związku, czyli coś co dopadnie chyba w końcu każdy, nawet wydawać by się mogło najszczęśliwszy związek pod słońcem. Upływający czas i przyzwyczajenie dają w końcu o sobie znać, a wtedy nic nie jest już takie piękne jak przedtem. Ale po kolei: moja historia, a raczej historia mojego związku zaczęła się niecałe 10 lat temu. Byłem wtedy na studiach – dokładnie na 1. roku zarządzania na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu.

Przyjechałem do tego miasta pełen obaw i lęku, ale i też pełen nadziei. Nadziei na to, że najbliższe kilka lat okaże się najciekawszym etapem mojego dotychczasowego życia. Lęk spowodowany był naturalnie tym, że przyjechałem z małej wielkopolskiej miejscowości. W samym Poznaniu oczywiście przedtem bywałem, natomiast były to wizyty w celach turystycznych, ewentualnie zakupowanych, zawsze w towarzystwie rodziców lub znajomych. Wtedy przyjechałem do tego miasta kompletnie sam. Wiedziałem tylko, jak przemieszczać się między miejscem mojego tymczasowego zamieszkania, a uczelnią. W każdym razie, z każdym kolejnym tygodniem mojego pobytu w stolicy Wielkopolski czułem się już coraz pewniej. W końcu poczułem się na tyle pewnie, by wykonać konkretniejsze ruchy w kierunku dziewczyny z roku, która wpadła mi w oko. Pierwsze spotkanie po zajęciach, drugie… Po miesiącu byliśmy już parą. Wydawało mi się wtedy, że nic lepszego w życiu nie może mnie spotkać – każdy kto przeżywał kiedyś licealną, czy studencką miłość, wie o co chodzi. Różnica polega na tym, że ta miłość nie zmierzała wcale ku końcowi, wraz z tym jak ku końcowi zmierzała nasza przygoda z poznańskim „ekonomikiem”. 5 lat studiów licencjackich i magisterskich minęło mi bardzo szybko i myślę, że spora w tym zasługa tego, że nie nie byłem wtedy samotny. Agnieszka – bo tak ma na imię moja luba, była zawsze blisko mnie. Nawzajem się uzupełnialiśmy, pomagaliśmy sobie w sprawach uczelnianych i po prostu cieszyliśmy się sobą.

Po zdobyciu tytułów postanowiliśmy przeprowadzić się do wspólnego mieszkania. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły: obydwoje zdobyliśmy pracę w zawodzie, obydwoje w sporych firmach, niepowiązanych jednak ze sobą w żaden sposób. Wtedy też w naszym związku zaczęły się schody. Każde z nas, starało się bowiem poświęcić swojej pracy tyle czasu, ile wymagało od nas szefostwo. Nawet nie pamiętam po jakim czasie zorientowałem się, że mimo, iż mieszkamy razem, zdarza nam się dziennie nie zamienić nawet jednego słowa. Nasz związek stał się strasznie mechaniczny, był on wypełniony wzajemną niechęcią do poświęcania sobie jakiegokolwiek czasu. Staliśmy się maszynami do robienia pieniędzy, skupialiśmy się w zasadzie tylko na sprawach zawodowych. Pewnego wieczoru uznałem, że tak być nie może. Usiedliśmy z Agnieszką i przeanalizowaliśmy ostatnie poczynania w naszym związku. Wiedzieliśmy, że sytuacja jest tragiczna i trzeba było szybko zacząć ją naprawiać. Wtedy w mojej głowie pojawił się plan, który mógł okazać się receptą na nasze zepsute relacje. Były to wspólne podróże. Zarabialiśmy dobrze, więc mogliśmy sobie pozwolić na wiele. Tamtego lata, po raz pierwszy w pełni wykorzystaliśmy swoje pule urlopowe. Pamiętam, że mój szef doznał niemałego szoku. Pytał wtedy: „Jak to? Ty chcesz gdzieś wyjechać? I to na ponad 2 tygodnie? Przecież dla Ciebie liczy się tylko praca…” To był moment, który dał mi sporo do myślenia i postanowiłem, że już nigdy praca nie będzie dla mnie na 1. miejscu. Te wakacje spędziliśmy z Agnieszką na Krecie. Dobrze pamiętam ten okres. Gdy w naszych umysłach nie było myśli o żadnych obowiązkach, okazało się, że potrafimy nadal konsumować nasz związek. To były najcudowniejsze 2 tygodnie od czasów studenckich. Przyznaliśmy to oboje i przyrzekliśmy sobie, że nawet po powrocie z wakacji, będziemy starali się postawić jasną granicę pomiędzy życiem prywatnym, a zawodowy. Podróż na Kretę okazała się dla nas początkiem do normalności, a unormowanie sytuacji w naszym związku dało też pozytywne efekty w pracy. Obydwoje, w następnym roku uzyskaliśmy awanse, które powiększyły naszą pulę urlopową. Od tego czasu, każdego roku mamy do dyspozycji 2 razy więcej czasu na wakacje, przez co nierzadko jesteśmy w stanie odwiedzić nawet 3 miejsca w roku.

Kocham moją kobietę i nauczyłem się to robić na nowo, nie tylko w czasie wakacji. Jednak muszę przyznać, że tylko gdy opuszczamy granice naszego kraju i uwalniamy umysł od codziennych trosk, jesteśmy w stanie powrócić do tego co było między nami gdy byliśmy studentami. Może to normalne? Może jest to naturalna kolej rzeczy, gdy związek trwa nieco dłużej? Nie wiem, ale wydaje mi się, że jest to możliwe. W każdym razie, wiem jedno. Wspólne podróże uratowały mój związek i sprawiły, że przypomniałem sobie o tym, że przy moim boku jest ktoś wyjątkowy, a praca nie jest już dla mnie najważniejsza.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here